Emilia i Jakub – dwa światy

Do tego wpisu przymierzałem się bardzo długo… Nie chodzi tu jednak o upływające zaraz pół roku, od dnia, w którym Tata Emilki odprowadził ją przed ołtarz, gdzie z uśmiechem i lekką tremą czekał Kuba, ale o tę nieodpartą chęć podzielenia się wrażeniami, które tego dnia (i od tego dnia) mi towarzyszyły.
Czym zatem różni się upływający czas dla fotografa, który pracuje nad retuszem zdjęć, konsultuje szczegóły i redaguje pamiątkowy album, od czasu, który upływa człowiekowi chcącemu pochwalić się naprawdę emocjonującym przeżyciem? Otóż człowiek ten pochwalić chciałby się od razu, następnego dnia – fotograf jednak musi poczekać.
Tylko na co czekać? I o jakie dwa światy chodzi? Po kolei …

 

Dwa światy. Epizod pierwszy: Fotograf ślubny i wymarzeni klienci.

Emilkę i Kubę poznałem rok temu i po krótkiej wymianie kilku wiadomości, bardzo sprawnie ustaliliśmy termin spotkania.
Gdy jechałem do pijalni czekolady, towarzyszyły mi standardowe myśli z mojego świata – świata fotografa ślubnego, który odbywszy niejedno spotkanie, przeszedłszy niejedną sesję fotograficzną, od razu założył pewien scenariusz… Po prostu, gdy fotografujesz śluby bardzo często towarzyszy Ci pewien schemat komunikacji z klientem, tzn.:
– a co jest w pakiecie?
– a ile zdjęć dostaniemy?
– a jak długo będziecie na imprezie?
– a zdjęcia to na macie czy na połysku?
– a fotoksiążka to 20 czy 40 stron?
– a da się 500 zł taniej ?
– a ile będziemy czekać na zdjęcia?
– a jaki ma pan aparat?
Nie ma się co oszukiwać – tak to zazwyczaj wygląda. I winni są tu nie tylko klienci, ale i sami fotografowie, którzy nie robią wiele, żeby wyjść ze swojej strefy bezpieczeństwa. Nie podejmują wyzwań, ponieważ panicznie boją się, że rynek ich odrzuci. Dlatego tak to wygląda… Najlepszy klient, to taki, który zapłaci zaliczkę dwa lata przed ślubem, albo taki co na zdjęciach liczy ludzi zamiast cieszyć się ich emocjami.  Takich klientów jest wiele. I to właśnie dlatego przytłaczająca większość reportaży ślubnych wygląda podobnie. Tak samo, jak podobnie wyglądają fotoalbumy, odbitki, portfolia, jak i rozmowy z klientami. Powielany schemat pozwala szybciej fotografować, retuszować, no i inkasować. Tak to właśnie wygląda czasem świat fotografa ślubnego.

Tak też zacząłem spotkanie z tą parą… niepytany zacząłem opowiadać o naszej ofercie podążając, jak po sznurku, według znanego schematu – „…w pakiecie jest reportaż z przygotowań, ze ślubu i przyjęcia oraz sesja plenerowa. Otrzymacie 200 zdjęć poddanych autorskiej obróbce. Nie musicie się przejmować – nie wyjdziemy z wesela o 1:00. Zostaniemy tak długo jak potrzeba…”
Po kilkunastu minutach zorientowałem się, że rozmawiamy o tym, co kto w życiu robi, co kto lubi, czemu czekolada zamiast kawy, czemu góry, a nie morze. No dobra, zmyśliłem to, nie rozmawialiśmy chyba o morzu, jednak pewne jest, że tylko kilka minut zajęło im przeciągnięcie mnie do swojego świata, w którym nie liczby miały znaczenie. Zapytać można, kiedy się zorientowałem? To przeciąganie odbywało się bardzo subtelnie i niepostrzeżenie, i dopiero jedno pytanie Emilki sprawiło, że zapomniałem języka w gębie. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że chyba się wygłupiłem tym spacerem po ścieżce z mojego świata.  Dodam tylko, że do tej pory nie zapytała mnie o to żadna para młoda. Żaden klient.

„Michał, a czemu lubisz fotografować? „

Co? Jak to? Przecież w pakiecie przygotowania, plener, papier mat. Mam Canona 5d mark II, ale w lutym kupuję Fuji. Nie wyjdę z wesela przed tortem…. Czego ta kobieta ode mnie chce? Spanikowałem. Łyk stygnącej już czekolady deserowej. Wdech.
Witam w świecie wymarzonego klienta. Klienta, który wybrał Cię, bo podoba mu się to co robisz, a nie to, ile robisz. Klienta, który Ci ufa, więc daje swobodę. Który mówi o wrażliwości, a nie testowaniu trybu seryjnego, żeby wybrać zdjęcie z otwartymi oczami.
Dotarło do mnie, że gdzieś tam, gdzie ocean przelewa się za rant płaskiej ziemi, są ludzie, dla których przygotowanie ślubu nie wygląda jak walka o „pole position”. Dla takich chciałbym pracować, i chętnie porzucę ten schematyczny, pierwszy świat.

Dwa światy. Epizod drugi: Dwie bajki.

Zachwycony przebiegiem rozmowy organizacyjnej nie zwróciłem uwagi, że zupełnie nie wiem jak ma wyglądać ten ich dzień. Rozmowa pełna małych dygresji, ucieczek od wątku, zatrzymań i przyspieszeń mnie oczarowała, jednak wyszedłem z pustym notesem. Zanotowałem jedynie suche punkty, które tego dnia się pojawią. Wiedziałem, że będzie ślub, że przygotowania, że przyjęcie w Fabryce Wełny, że nad wszystkim czuwać będzie duet dj – wodzirej. Wyposażony w takie informacje dotrwałem do dnia ślubu. Nawet podczas sesji narzeczeńskiej nie rozmawialiśmy zbyt wiele o ślubie, bo, gdy malowaniu Emilki przez Asię towarzyszył żarliwie temat odrestaurowywania drewnianych mebli, mi i Jakubowi towarzyszyła kawa i podróże. Ślubu zero.

Zmierzam do tego, że to chyba dobrze, że nie próbowałem sobie wyobrażać ich dnia, bo pewnie popełniłbym błąd. Wielbłąd.
No bo jak wyobrażać sobie połączenie tradycji i nowoczesności? Dwie różne bajki! Mało to widać w internecie zdjęć, na których wiejski stół otoczony jest scenerią chromowanych balustrad i równie chromowanych kinkietów na pistacjowych ścianach? Czy to nie jest trochę tak, jakby Kopciuszka wyswatać ze Spidermanem? No, ewidentnie coś tu nie gra. Takie zabiegi moja babcia kwitowała krótkim, tradycyjnym, ale jakże nowoczesnym porzekadłem – „Co za dużo, to niezdrowo!” Kwitowała też innymi zwrotami, ale ich nie przytoczę 🙂
Emilka i Kuba nie próbowali dwóch bajek łączyć na siłę, a pozwolili jednocześnie współistnieć.
Piękny, tradycyjny ślub, wzruszające słowa znajomego księdza, który odnosił się wielokrotnie do młodzieńczych lat Pary Młodej, czytania i modlitwa powszechna  w wykonaniu najbliższych osób, oprawa muzyczna smyczkowego kwartetu, ale też wyjątkowy klimat starego kościoła, wyjątkowe, ciepłe, naturalne światło… Nie można zapomnieć o wspaniałym, zabytkowym samochodzie, jakim Pan Młody przyjechał po swą przyszłą żonę. Auto to stanowiło równie wymowne nawiązanie do tradycyjnych wartości, co atrybut Cypriana, brata Emilki, który z troski o jej przyszłość, robiąc „szlaban”, po raz ostatni zatrzymał Kubę przed ich domem, upewniając się co do jego intencji.


To, w jaki sposób przebiegał ten dzień urzekało wysmakowaniem. Nienarzucającym się, a jednocześnie niedającym się nie zauważyć przywiązaniem do tradycji. Dopełnieniem wszystkiego była piękna, delikatna suknia Emilki oraz wspaniały, elegancki, uszyty na miarę, garnitur Kuby.
I to właśnie z tą bajką współistniała bajka wspaniałego wesela. Tutaj nie było kompromisów. Przepiękna restauracja w wielkim holu prestiżowego hotelu, urządzonego we wnętrzu starej fabryki. Zjawiskowe girlandy, wspaniałe oświetlenie i nagłośnienie, kwiatowe dekoracje, piękne stoły, naprawdę profesjonalna obsługa. Wszystko to ulokowane w wyśmienicie zaprojektowanym wnętrzu, łączącym klimat ceglanych murów, z olbrzymimi oknami, pięknymi podłogami i najwyższą funkcjonalnością.

Z każdą minutą mój zachwyt narastał. Młodzi we wspaniały sposób przywitali wszystkich swoich gości, zatrzymując się przy każdym z nich, aby opowiedzieć krótką anegdotę – coś zabawnego, jakieś wspomnienie, które ich łączy. Zaskoczyło mnie to bardzo pozytywnie. Jeszcze większym zaskoczeniem był wodzirej, który w duecie z dj’em, doskonale prowadził gości, serwując im zarówno świetne muzyczne klimaty, jak i zapraszając do wspólnych zabaw. A zabaw było mnóstwo! Były wspaniałe, czerpiące z folkloru, a nie z kiczu. Bazujące na uśmiechu, a nie wyśmiewaniu. Wodzirej 202 sypał nimi, jak z rękawa!
Doskonale wyważone proporcje szaleństwa i wzruszeń. Na tym weselu niczego nie brakło! To, w jaki sposób o przeplatanie się tych dwóch światów zadbała Para Młoda, sprawiło, że połączenie tradycji i nowoczesności, przestało być dla mnie tylko banalnym zwrotem.

Dwa światy. Epizod trzeci: Emilia i Jakub.

Może i nie znam ich doskonale – przecież patrzę na nich tylko przez pryzmat kilku rozmów i zdjęć, które im zrobiliśmy.
Może i mylę się teraz bardzo – przecież żadnemu usługodawcy nie wypada spoufalać się z klientami. Jednak fotografując ludzi, nie da się nie zauważać ich emocji. Dlatego też, troszkę nieśmiało powiem, że Jakuby są z Marsa, a Emilki z Venus.
Jakuby unikają aparatu i są w stanie wytrzymać kilkanaście minut podczas sesji. Emilki natomiast chętnie dają się ponieść emocjom, których nie kryją. Jakuby z pasją mówią o technikaliach ze świata informatyki i telekomunikacji, a Emilki, z iskrami w oczach, opowiadają o kolejnym zdjęciu, z kolejnego albumu. Jakuby cudem znoszą jedną sesję zdjęciową, a Emilki organizują sobie dwie…..  W magiczny sposób gdzieś to się ze sobą łączy i uzupełnia. Analogię znalazłem w sposobie, w jaki zorganizowali swój dzień ślubu. Dwa światy, które zauważyłem, tylko z pozoru się różniły – one po prostu stworzyły jeden kompletny, naprawdę fajny świat.

Zapraszamy gorąco do obejrzenia galerii z tego wspaniałego wesela!