Nikola & Jacek

… o tym, dlaczego czasem nie warto trzymać się kurczowo zapisów umowy…

Nikola i Jacek, czyli niby nic, a tak to się zaczęło…

Tak, muszę to przyznać na początku, Nikola i Jacek nie znaleźli nas poprzez portfolio, ani nie polecił nas im żaden zadowolony klient. Co gorsze – nawet nie znaleźli nas w ogłoszeniu. Mamy po prostu wspólnego znajomego, który podrzucił im nasz link.
Nikola odezwała się i szybko podpisaliśmy umowę. Nie chcieli dużo zdjęć… a właściwie to chcieli bardzo mało – chyba 100 sztuk.
Już podczas pierwszego spotkania coś przebiegało inaczej niż zawsze… trwało ono 10 minut, a dla nich wszystko było jasne. Mało pytań i same konkrety. Przewijające się bez przerwy, „Michał, rób tak, żeby było dobrze”, mogło zwiastować albo bardzo łatwe zlecenie albo bardzo ciężkie… Czego się tu spodziewać po parze, która jest totalnie bezproblemowa? Cisza przed burzą?
Niepokoiło mnie to, ale euforyczny entuzjazm  Nikoli i wyciszenie Jacka ciągle nie pozwalały mi określić swojego stanowiska wobec tej pary. No, ale przecież polecił nas mój przyjaciel – Artur – nie można go zawieść.
Mijały miesiące i wyznaczona data zbliżała się wielkimi krokami, a kontakt nie przybierał na intensywności. Nikola ciągle, z wrodzonym jej, rozbrajającym uśmiechem, mówiła: „…rób tak, żeby było dobrze”. Okej, no to zrobię!
Dzień, czy może dwa dni przed ślubem zagadnęła, czy czasem bym nie mógł wpaść chwilkę wcześniej, bo przygotowali dekoracje w ogrodzie i bardzo by się cieszyła, gdyby znalazły się na zdjęciach. Okej… przecież i tak ten dzień zarezerwowaliśmy już dla nich. Czy na 13 czy na 11 – obojętne, w drogę.

Niedomówienie pierwsze. Ogród.

Gdy dojechałem pod wskazany adres troszkę mnie zamurowało. I nie chodzi mi o to, że przywitał mnie olbrzymi pies i biegająca w dresie, w pełni umalowana i uczesana Nikola, krzycząca, żebym się nie bał, bo psiak łagodny. Pewnie mógłby przegryźć mi udo jednym ruchem szczęki, ale co tam – nie martw się Michał, jakby co to, to przecież ma kto się zająć fortuną na twoim koncie.
Wróćmy do zamurowania…  Już z daleka widać było ogromną ilość białych balonów, które równo i pięknie ozdabiały zielony, żywy płot. Z tym, że to co najlepsze było za nim – tzn. za płotem.

Ogród, o którym wspomniała Nikola, miał być zwyczajnie udekorowany, a okazał się być pięknie przygotowanym miejscem, z ślicznie przybraną altaną, z mnóstwem dodatków, balonów, aniołów i wiklinowych serc. Wszystko wysmakowane, w świetnej kolorystyce… Ach, przecież byłoby idealnie, gdyby przyjęcie mogło być właśnie tutaj…
Chciałem pójść od razu pracować, ale nie dane mi było. Dostałem od razu pyszną kawę i ciasto. Poznałem niewiarygodnie ciepłych i pogodnych rodziców Nikoli. Kurcze, dopiero poznałem, a jakby znałem już od dawna. Niesamowici ludzie! Otwarci i uśmiechnięci przygotowywali się już do przyjazdu Jacka. Mama zdenerwowana ciągle dopytywała czy wszystko już dopięte na ostatni guzik, a między czasie spierała plamkę z weselnej sukni. Tutaj wtrącić należy, że plamka powstała, gdyż mama Nikoli z narażeniem życia ratowała mnie przed śmiertelnym atakiem czułości psa. Kochany śliniak!  Ale idźmy dalej, bo internet się skończy, a ja nie zdążę opisać swych wrażeń.

 

Niedomówienie drugie. Motocykl.

Wszyscy gotowi, czekamy na Jacka. Wiedziałem, że nadjedzie motocyklem, więc ustawiłem się juz odpowiednio i czekam. Czeka tez operator kamery. Czekają rodzice, rodzina. Czeka Nikola. Ktoś już zadzwonił, że są blisko.
Z biegiem sekund znów coś zaczynało być inaczej niż się spodziewałem – Jacka nie widać, a słychać coraz donośniejszy ryk…
Gdy juz ich zobaczyłem okazało się, że jest ich wielu. Że są głośni. I że Jacka maszyna,  to nie taki zwykły motocykl, a piękny, zabytkowy Dniepr z koszem. Klasyk. Robili piorunujące wrażenie…  Jak już opanowałem opadającą z wrażenia żuchwę, dotarło do mnie, że nie mogę tak po prostu stać i się gapić – przecież jestem tu by robić zdjęcia.

 

Niedomówienie trzecie. Szpaler.

Kościół w Brzeźniu okazał się piękny i nastrojowy. Kolorystyka ścian, drewno, posadzka i wpadające przez okna popołudniowe promienie słońca sprawiły, że wnętrze wypełnione zostało cudownym, miękkim i ciepłym światłem. Wszystko przebiegało bez zakłóceń. Były momenty wzruszenia, były momenty uśmiechów. Były łzy mam i odprowadzenie przed ołtarz przez tatę.

Ceremonia jak z bajki. Piękne ślubowanie  i Marsz Mendelsona. Jacek już wyprowadza Nikolę. Już uśmiechnięci idą do drzwi. A ja przed nimi – tyłem, żeby uwiecznić jak najwięcej. Wyszedłem przed kościół i odruchowo się zatrzymałem, a tu mnie ktoś szarpie za rękę. Odwracam się… O ja cię!!! Szpaler piękny, panowie w mundurach i szable w górze… jeju, co by to było, gdybym to przeoczył? Cofam się pospiesznie te kilka metrów.Udało się. Są piękne zdjęcia. Z ulgą odetchnąłem, gdy nagle ktoś z boku westchnął:
– ojej, jakie ładne gołąbki…
Gołąbki? Jakie gołąbki? Patrzę na młodych, a Oni ściskają w dłoniach urocze białe ptaszyska i juz szykują się do ich wypuszczenia.
– Czekajcie! Czekajcie! – krzyknąłem, bo bym po prostu nie zdążył.
Pstryk. Są piękne gołąbki.

Niedomówienie czwarte. Ogromne weselisko!

Podczas wspomnianej rozmowy organizacyjnej mówiliśmy o niewielkiej ilości zdjęć i to pewnie dlatego wydedukowałem sobie, że skoro zdjęć chcą mało, to i wesele będzie niewielkie. Błąd. Oj, duży błąd.
Sala „Pod Wiatrakiem” w Warcie przepiękna. Równiutkie rzędy stołów. Stonowane, bardzo plastyczne wykończenie z ciemnego drewna. Wspaniałe jedzenie i trunki. Ogromy ogród i lampiony puszczane w niebo. Profesjonalna obsługa. I goście… Niesamowici, roześmiani, roztańczeni, niepowstrzymani goście i żywiołowa zabawa.
100 zdjęć, tak? Wolne żarty! 🙂

 

Niedomówienie piąte. 100 zdjęć.

Na tyle się przecież umówiliśmy.

Juz następnego dnia, po ślubie,  Nikola dopytywała czy mi się podobało, czy niczego mi nie zabrakło, czy się najadłem, i w ogóle. Potraktowali mnie tam jak swojego! Atmosfera była niesamowita, więc co ja mogłem odpowiedzieć innego niż… „kochana, było cudownie, ale  w stu zdjęciach to my się nie zmieścimy. Z samego ogrodu jest ze 30. Z kościoła z 50….”.
Szybko doszliśmy do porozumienia… stanęło na 300. Renegocjacje zostały poczynione. Przystąpiliśmy więc do selekcjonowania materiału i kilka dni temu oddaliśmy  tej wspaniałej Parze Młodej ich reportaż.
Teraz, gdy myślę sobie o tym spotkaniu, przy kawie, w sieradzkiej galerii, uśmiecham się sam do siebie, gdyż tak wyjątkowy zbieg niedomówień nie przytrafił się w naszej fotograficznej pracy jeszcze nigdy. Wyszło wyjątkowo, wyszło pięknie, wyszło zupełnie inaczej, niż się tamtego dnia umawialiśmy.
Jedyne co się zgodziło, to finalna liczba fotografii – 478.

Część z nich prezentujemy poniżej.