Sesja plenerowa Patrycji i Marcina

więcej zdjęć w zakładce galeria

Na początku października 2016 roku spotkaliśmy się z Patrycją i Marcinem. A sesja ta nie była typowa, bo pracowaliśmy w zastępstwie za naszą wspaniałą koleżankę, która, będąc w stanie błogosławionym, nie mogła hasać z aparatem po ruinach zamku. Tak, po ruinach zamku.
Z Patrycją i Marcinem nie mieliśmy wcześniej okazji się spotkać, więc swoje obawy tuszowaliśmy pozytywnym nastawieniem  Michała, który tę sesję zaaranżował, zorganizował, administrował i w ogóle stał się chyba organizacyjnym punktem zbornym. Michał, ten pozytywnie nastawiony, to mąż żony, za którą zastępstwo przypadło nam w zaszczycie.
Tak, może to jest troszkę skomplikowane, straszne wręcz, zwłaszcza dla Pary Młodej, która przecież do sesji plenerowej powinna podejść na luzie, bez skrępowania i bez stresu, a zamiast tego otrzymała nowego fotografa, wizażystkę, wspomnianego Michała i psiaczka – Bobka- który towarzyszy nam bardzo często podczas pracy. Obawy co do efektów tej sesji miały więc towarzyszyć obu stronom – Parze Młodej oraz Ekipie Fotograficznej.

Zapakowaliśmy się więc do samochodu i ruszyliśmy z Łodzi przed siebie, zdając się w całości na łaskę i niełaskę Michała, który jako jedyny wiedział, gdzie są Basiekiery, bo nawet GPS miał spore problemy.Na miejscu mieliśmy spotkać się z Patrycją i Marcinem. Pierwsze wrażenie zrobili na nas bardzo dobre, jednak nigdy się nie dowiemy jak to było z ich strony…

Uśmiechali się bardzo szeroko, ale zaskoczenia nie mogli ukryć, gdy, jako pierwszy, przywitał ich wyskakujący z auta Bobek.
Kilka minut rozmowy i od razu zorientowaliśmy się, że nasi Nowożeńcy nie przestają się śmiać. Niebywale pozytywni ludzie, a dopiero się przecież rozkręcali.
Zaczęliśmy rozgrzewkowe ujęcia, a już po chwili wyszło na jaw, że poważne, nostalgiczne ujęcia, to chyba nie z tymi ludźmi. Sesja, mimo dość nieprzychylnej pogody przebiegała świetnie. I chyba polubili nawet Bobka.

Z ujęcia na ujęcie – coraz więcej uśmiechu, a przede wszystkim morze pomysłów, które zaowocowały wyjątkowo dużą, jak na tak krótką sesję, ilością ujęć.
Drugim, równie istotnym elementem, jest lokalizacja – ruiny zamku. My nawet nie mieliśmy pojęcia o ich istnieniu, a teraz, z czystym sumieniem możemy je polecać jako lokalizację na plener. Teren jest niewielki, ale gdzie by nie spojrzeć – jest coś innego. Sporo cegieł i zniszczonych murów, ale jest też drewniany most, otaczająca zamek fosa, trawa, woda, piękne trzciny czy niewielki pomost. Wszystkie to sprawiło, że sesja Patrycji i Marcina na długo zapadnie nam w pamięć. Najważniejszym jednak elementem pozostał uśmiech i otwartość. Wszystkich nas, tam obecnych. Te dwa czynniki odmieniły pierwsze spotkanie kilku osób w pełną uśmiechu i pozytywnej energii pracę, której efekty można obejrzeć w naszej galerii. Link tutaj.
Jest to również kolejny dowód, że udane zdjęcia to nie tylko drogi aparat, legendarny obiektyw czy studio za milion. Udane zdjęcia to atmosfera, zaufanie i otwartość.
No i uśmiech.
No i może też troszkę obecność Bobka.
>>>>> pełna galeria<<<<<

>>>>> pełna galeria<<<<<